Trzech chłopaków (16-18 l.) oraz ich 17-letnia koleżanka odpalali w korytarzu petardy (w niedzielę, 18 stycznia). Była godzina 22.30. Wychowawca chciał ich uspokoić i odebrać im „zabawki”. Wtedy rzucili się na niego. Mężczyzna zaczął się bronić, a podczas szarpaniny dziewczyna dostała od niego w głowę.

- Dla nas to niezrozumiała sytuacja. Wychowawca nie ma prawa podnieść ręki na dziecko - powiedział nam anonimowo jeden z pracowników ośrodka. - Nawet w przypadku, gdy sytuacja jest napięta, a młodzież agresywna.
Dziewczyna miała siniaka i następnego dnia trafiła do szpitala na obserwację. Skarżyła się na bóle i zawroty głowy, wymiotowała. W środę, 21 stycznia, wróciła do Domu Dziecka. - Nie chcę o tym mówić. Zdarzyło się i tyle - powiedziała dziennikarzowi. Rozmawiać nie chciał również wychowawca.

Młodzież go nie lubi

Dyrektorka Małgorzata Goździk zapewnia, że to pierwsza taka sytuacja w 3,5-letniej historii ośrodka. - Wiadomo, że pracujemy z trudnymi dziećmi i młodzieżą. W sumie jest 36 osób, czyli 36 problemów. Tego dnia, to chłopcy i dziewczyna pierwsi zaatakowali wychowawcę. Bronił się i nieszczęśliwie tak się stało, że dziewczyna dostała w głowę - uważa dyrektorka. - Nie było to jednak zamierzone. Zawiadomiliśmy policję, przeprowadziliśmy rozmowę z wychowawcą oraz naszymi podopiecznymi.

Dyrektorka dodaje jednak, że młodzież nie potrafi zaakceptować nowego wychowawcy. Wspomina, że jego poprzednik był bardzo lubiany, ale już nie pracuje w ośrodku. - To młody człowiek, zatrudniony od września ubiegłego roku. Rozmawiałam z nim na temat tego incydentu. Jego poprzednik, choć miał doświadczenie i był lubiany przez podopiecznych, musiał odejść, bo nie miał odpowiednich kwalifikacji - wyjaśnia M. Goździk.

autor Piotr Piotrowski